„Mogę być całkiem sama, łatwa rzecz, żaden dramat,
Gdy Ty dasz mi w kość, dasz sam sobie na złość.
Nie rób scen dla frajera, przecież nikt na miłość nie umiera
Skończ grę na czas, w którym nie ma już nas.
Na płacz się nie nabiorę już nic nie zmieni się!
W tym naszym sam na sam na serce dziś umiera miłość nam.
Na nowy ruszam bal, starego nie jest żal yeeah!
W tym naszym sam na sam nudno trochę nam... „
Ewa Farna „Sam na sam”
Dziś najpierw piosenka a potem parę przemyśleń… spotkałam się z moją Siostrą niedawno i rozmawiałyśmy trochę o tym, co w naszych życiach przeoczyłyśmy… Również o wolności, która buntuje się i każe uciekać, kiedy ktoś robi na nią zamach jakiegokolwiek rodzaju… „Wolność” ta mówi iż sami powinniśmy decydować o naszej samotności, uciekać przed innymi, gdy starają się nas zaangażować w cos pięknego… Opatrzne popadanie w skrajność…
Tym bardziej dziwnie mi o tym pisać, ze ja zawsze uważałam, ze jestem osoba na tyle silną i wolną, że decyduje o tym jak wiele osób jest dookoła mnie i nagle zderzenie ze światem i prawdą, ze czasem to nie nasz wybór… Ale wtedy i tak można sobie postarać wpoić, że to my, ze nam tak lepiej…
Rzecz druga i poboczna… A może właściwie ważniejsza?? Co można powiedzieć o umieraniu na miłość… Ile miłości umiera dzis na serce, a ile serc z powodu „miłości” różnej, przeróżnej…
I w tym wszystkim najważniejsze jest, by nagle nie stwierdzić, że jesteśmy poważnie chorzy na powszechną chorobę cywilizacyjną – SAMOTNOŚĆ W TŁUMIE…

„Pędzący tłum mija mnie powietrzem jak bym był,
Na ulicy setki aut i krzyk…”
Jeśli kiedyś zostawić na środku ulicy – odejdź…
Pozwól płakać i szarpać włosy z głowy,
Po prostu powiedz, że nie wyszło, że już nie możesz…
Powiedz, że masz dość moich rąk, słów dziecinnych myśli.
Tylko nigdy nie mów, ze wszystko jest ok,
Że nic się nie zmieniło i jest jak dawniej
A kiedy się odwrócę by coś powiedzieć
Zobaczę, że Cię nie ma,
Chociaż nie mówiłeś, że odchodzisz
I nagle sama zostanę na środku hałaśliwej ulicy życia…